sobota, 11 stycznia 2014

Narodzenie - post piąty (OSTRZEGAM - przeczytanie może grozić Lokiofobią !!!)



Słyszę jak położna dzwoni po lekarza, który ma mnie zszywać i po neonatologa. Pojawia się więc nadzieja, że mała wkrótce się urodzi!
Pani neonatolog zasiada w fotelu i po moich kolejnych skurczach, parciu i staraniach orzeka niemiłym tonem, że za wcześnie ją wezwali, bo widzi, że to jeszcze potrwa… Mam ochotę ją udusić!
Nagle czuję straszny, rozrywający ból, wpadam w panikę i tracę oddech, nie wiem co robić. 
Położna zakazuje parcia a ja mam ochotę przeć. Każe mi czekać na skurcz. Matko! Zaraz mnie rozerwie!
Po chwili widzę szybką akcję koło mnie. Podają mi …dziecko!! Jest udało się! 
Czyli ten straszny ból to było wstawienie się główki! 
Nie wiem tylko, dlaczego mąż nie przecina pępowiny a położna z lekarzami coś mówią do siebie. Nie rodzę też łożyska, bo podobno urodziłam razem z dzidzią. Nie wiem o co chodzi. Oglądają gremialnie łożysko, upewniają siebie nawzajem, że wyszło w całości. Coś słyszę, że się odkleiło. 
Olewam jednak wszystko, bo przecież mam na piersi dziecko! Moje dziecko! Córeczka kochana! I taka piękna! Tak, takie właśnie były nasze – męża i moje pierwsze słowa po jej zobaczeniu – jaka ona jest piękna!! To nic, że ma nieco wydłużoną główkę i jest oblepiona białą mazią. Jest przepiękna! Cóż za arcydzieło! Jestem dumna jak paw, że stworzyliśmy coś tak doskonałego! No, może nie my stworzyliśmy, ale nadaliśmy ziemską powłokę.
Amelka płacze wniebogłosy, a ja przyglądam się jej czarnym uroczym włoskom. My z mężem urodziliśmy się łysi jak kolano, a mamy taką czarnulkę. Mało tego, córeczka jest śniada i śliczna jak anioł. Tyle, że ześlizguje mi się z rąk co chwila. Owinęli ją pieluszką, ale i tak mi zjeżdża, muszę jednak wytrzymać w pozycji półsiedzącej, bo lekarz mnie szyje. Podobno podczas porodu moje krocze zostało trochę nacięte. W ogóle tego nie czułam i nie mam pojęcia, w którym momencie to nastąpiło.
Szycie trwa długo, ale lekarz jest przesympatyczny. Niektóre koleżanki mówiły, że szycie to masakra. Ja jednak po wszystkim co przeszłam, myślę, że to nie jest takie złe, choć trwa rzeczywiście chyba min. pół godziny. Zresztą uwagę i wysiłek skupiam na ósmym cudzie świata, czyli mojej córeczce:)
Cdn.

środa, 8 stycznia 2014

Narodzenie - post czwarty (OSTRZEGAM - przeczytanie może grozić Lokiofobią !!!)

Rozwarcie powiększa się z tempem żółwia. W końcu błagam o litość i znieczulenie. Mąż się dołącza bo chyba ma dość. Położna wyskakuje z tekstem, że jeszcze za wcześnie. Wyję z bólu. Jasny gwint, przy kolejnym skurczu moja wątroba rozleci się na kawałki! W końcu cierpliwa dotąd położna każe jednak przybrać pozycję półleżącą. To chyba znak, że poród postępuje. Ja jednak mam w głowie słowa koleżanki, która obrazowo opisując mi swój poród właśnie w pozycji leżącej przywołała dla porównania scenkę z przerąbaniem kogoś siekierą na pół. Chryste, ja tego nie wytrzymam! Po kolejnym skurczu znowu błagam o środek znieczulający, a położna na to, że już ... za późno!! Że poród mi się wstrzyma! Szlag! Ale mnie zrobiła w konia z tym znieczuleniem. Pewnie uknuła sobie już wcześniej, że mi go nie da!
Zawsze w duchu podśmiechiwałąm się z krzyczących rodzących, a teraz w myślach je przepraszam i sama zaczynam ryczeć. Ryczeć jak lew przy każdym skurczu. Nic mnie nie obchodzi widownia w postaci dwóch studentek, na których obecność się zgodziłam ani ich chyba opiekunki z Wydziału Położnictwa Akademii Medycznej. Kobiecina ta wraz z osobistym małżonkiem masują mi brodawki, aby pobudzić skurcze! Pobudzić skurcze!! Ja ich nie chcę pobudzać! Nie wiem czy to ta wygodna kanapa, czy smakowite kanapeczki spowodowały, że mąż zaczął latać po porodówce jakby go ktoś nakręcił! Na zmianę malował mi spierzchnięte usta i podawał wodę.
Zaczynają się chyba skurcze parte, bo każą mi przeć.
Próbuję sobie przypomnieć, jak mam oddychać. Coś mi świta, że mówili, iż kiedy skurcz jest najsilniejszy to wtedy oddychać płytko i szybko jakby się zdmuchiwało świeczkę. Próbuję więc to robić.
Położna każe zamknąć oczy podczas parcia. Przypominam sobie słowa mamy, że popękały jej naczynka krwionośne w oczach podczas porodu. Zaciskam więc powieki. Czyż nie czytałam gdzieś, że skurcze parte bywają niezbyt bolesne? Kurcze, kto wypisuje takie mądrości?! Bolą jak jasny gwint! Nie daję rady. Chyba nie urodzę. Niech mnie tną albo zrobią cokolwiek.
Nagle położna mówi, że widzi czarne włoski. Jasne, czarne włoski! Wkręca mnie i tyle! Ciekawe po kim mała miałaby mieć czarne włoski. Pewnie chce mnie w ten sposób zmobilizować do wyparcia na zewnątrz córki. Ja jednak jestem gotowa, ale mi nie wychodzi!!!
Mąż pomiędzy skurczami biega po całej porodówce i podaje: pomadkę, wodę, ręczniki papierowe. I wciąż od nowa: pomadkę, wodę, ręczniki… Chyba musi mieć zajęcie, żeby to wszystko przeżyć. Pewnie już dawno tylu kilometrów nie przeszedł…
Podczas skurczy zaś trzyma mnie za rękę, a właściwie to ja trzymam jego, nie, nie trzymam. Ściskam do granic możliwości, wyjąc z bólu.
Opiekunka studentek szepce mi do ucha, że mogę być dumna, że rodzę naturalnie bez wspomagaczy! To zaszczyt! Ja jednak mam gdzieś dumę, ja chcę, żeby ktoś mi ulżył!
Współczuję w duchu studentkom widoku rozrywanej na pół i rozkrzyczanej prawie-mamy.
Cdn.
UA-48159015-1