piątek, 14 lutego 2014

Błogosławieństwo ciążowe

Zanim opiszę moją podróż do domciu w gronie poszerzonym o nowego członka rodziny, chciałam zrobić krótki bilans ciąży.
Czytając mojego bloga można odnieść wrażenie, że czas ciąży to okres udręki, strachu, dolegliwości, biegania na badania (czasami bolesne), odarcia ze wstydu, zwiększonych wydatków itp. Jeśli jednak ktoś odniósł takie wrażenie to było to mylne wrażenie. I mówię to z pełną odpowiedzialnością.
Oczywiście wszystkie wymienione wyżej niefajne rzeczy były składową tego szczególnego czasu, ale było też całe mnóstwo pozytywów, które nie tylko zbilansują negatywy (przyjmując, że bilans to zestawienie wielkości równoważących się), ale je przewyższą.
Przede wszystkim, sama świadomość noszenia życia pod sercem była niezwykle ekscytująca i powodowała, że wydawało mi się, iż jestem najszczęśliwszą kobietą świata. I już sam ten fakt bije na głowę wszelkie niedogodności czy nawet bóle ciążowe. Może to niektóre oburzy, ale poczułam się wtedy pełnowartościowym członkiem społeczeństwa. Prawdziwą kobietą. Tak czułam.
Ale takich plusów było jeszcze więcej. Spróbuję je tutaj ująć po krótce w punktach:
Wygląd: tak mocnych  włosów i paznokci nie miałam nigdy przed i nigdy po ciąży. Włosy mi nie wypadały, paznokcie się nie łamały ani nie rozdwajały a cera nie była skażona nawet jednym wypryskiem. Myślę, że to zasługa hormonów, choć być może miał w tym swój udział też fakt, iż włosów nie traktowałam zbyt często kosmetykami, starałam się nie używać lakieru do włosów, aby nie wdychać Bóg-wie-czego w nim zawartego, przestałam też malować paznokcie z powodu – jak wyżej, a co do cery – używałam jak najbardziej naturalnych kremów, rzadko się malowałam (bo i po co się malować do łóżka). Możliwe, że ta cała chemia, której używamy na co dzień dodaje nam uroku na chwilę, a niszczy nasz wygląd na dłuższą metę… Ot, takie moje przemyślenia.
W pracy odpuściłam i nawet jeśli się stresowałam to w tyle głowy miałam, że i tak za chwilę wszystko zostawię i ktoś przejmie moje obowiązki, a zatem nie ma ognia (nie spodziewałam się jednak, że tak szybko to wolne od pracy się zacznie).
Skończyłam ze śmieciowym jedzeniem, co z pewnością nie tylko było dobre dla córeczki, ale i mnie służyło. Jadłam dużo owoców (póki nie odkryli u mnie cukrzycy ciążowej), pijałam naturalne soczki, jadałam wędliny z najwyższej półki itp.
Nie używałam detergentów do sprzątania, a jedynie octu itp., co z pewnością przysłużyło się zdrowiu malutkiej i jej mamy.
Odkąd byłam na L-4 miałam wreszcie czas na czytanie. Książek przeczytałam więcej niż w kilku ostatnich latach. Wręcz je pochłaniałam i było to fascynujące. Poznałam inne kultury, obyczaje i wyznania (arabskie, dalekowschodnie, mormońskie), czytywałam książki filozoficzne (np. autorstwa Szymona Hołowni) a nawet science fiction, od których stronię (skusiłam się na „Bastion” Stephena Kinga i mimo trudu związanego z przebrnięciem przez kilkadziesiąt pierwszych stron – książka wciągnęła mnie niesamowicie, choć kosztowała mnie niemało emocji, a że ma sporo stron – miałam lekturę na kilka dni:)) Może kiedyś pokuszę się o recenzję co niektórych. Zobaczymy. W każdym razie leżenie wiązało się z ucztą, podczas której pochłaniałam światową literaturę i było mi z tym fantastycznie!
Skończyłam studia podyplomowe, które są ściśle związane z wykonywanym przeze mnie zawodem a także dwa bardzo cenne kursy zawodowe – miałam czas na dobre przygotowanie do trudnych egzaminów, kończących te kursy.
Wzbogaciliśmy się w fajny aparat fotograficzny – dziecko, które miało przyjść na świat było pretekstem:)
Wierzcie mi, że dla mnie ciąża - wbrew wszystkim paranojom - była rzeczywiście stanem błogosławionym i błogosławić będę do końca świata, albo i dłużej, dzień w którym w nią zaszłam:)
Dzięki TEMU dniowi mam teraz najfajniejszą córkę świata!
UA-48159015-1