czwartek, 27 lutego 2014

Spostrzeżenia świeżoupieczonej mamy - smoczek jest be!?

Wiele rzeczy u mojego nowonarodzonego dziecka mnie zaskakiwało, choć myślę, że są to cechy dotyczące wielu noworodków. Np. duży apetyt, konieczność zmieniania pieluszek wiele razy na dobę, zezowanie od czasu do czasu czy klamra wraz z wielkim pęcherzem na pępku, który wyglądał jak mały balon i troszkę mnie przerażało...
Ale o ww. sprawach będzie kiedy indziej. Dziś natomiast parę słów o smoczku.
Z góry założyłam, że córce nigdy nie podamy smoczka. Wiecie o co chodzi - ryzyko zaburzenia poprawnego odruchu ssania piersi, wady wymowy i zgryzu itp., nie wspominając o czekającym nas później odsmoczaniu, które często jest zmorą rodziców, których dzieci zaprzyjaźniły się ze smokiem na dobre i na złe...
Z jednej strony spotykało się to z podziwem innych. Maluszek bez smoczka! Co za fenomen! Pierwsze takie dziecko w naszej i nie tylko naszej rodzinie! Dzielna dziewuszka! Jednak później miało się to na mnie zemścić.
Efekt nie podawania smoczka była taki, że córeczka po pierwsze swoją wielce rozwiniętą potrzebę ssania zaspokajała na mojej piersi. Dłuuugo ssała. Porównywałam ją z córką koleżanki, która ssała pierś co prawda co 15-30 minut, ale za to krótciutko. Moja zaś co dwie godzinki, ale - jak wspomniałam - dłuuugo wisiała mi na biuście.
Potem odkryłam tajemnicę dlaczego pociecha koleżanki pije krótko i często, moja zaś rzadziej, ale długo. Po prostu ssąc zaledwie maksymalnie 15 minut dziecię nie zdąży prawdopodobnie dostać się do mleka drugiej fazy, w którym zawartość tłuszczu jest większa.Kobiece mleko bowiem to taki twór, który zmienia się w trakcie karmienia piersią. Najpierw dziecko wysysa mleko pierwszej fazy - bardzo wodniste, z niską zawartością tłuszczu, mające na celu napojenie dziecka. Następnie wydziela się mleko drugiej fazy - gęstsze, bogatsze we wszystko, czyli w białka, tłuszcze i cukry. Mądra matka natura, no nie? Dlatego moja spryciara ssąc dłużej dostawała się do tego treściwszego mleczka, przez co nie musiałam jej przystawiać co kilkanaście minut. Myślę jednak, że i tak przedłużała sobie ssanie za karę, że nie dałam jej smoczka...
Drugi niepożądany skutek braku uspokajaczka był taki, że malutka nie umiała nauczyć się pić przez smoczek z butelki. Tzn. raz się udało, kiedy po kilku miesiącach wybrałam się z mężem do kina. Odessałam mleko laktatorem i babcia mocowała się z butelką próbując nnakarmić dziecko. Podobno malutka nie umiała złapać smoczka, który latał jej dookoła języka, ale potem nagle zassała i wypiła duszkiem zawartość butelki. Późniejsze próby podawania mleka z butelki spełzły jednak na niczym. Wynikało to pewnie też z faktu, że początkowo nie chciałam córce podawać mleka z butli, gdyż jak sądziłam - łatwiej będzie jej się tak piło i w efekcie zrezygnuje ze ssania piersi.
Jak więc widać - każdy kij ma dwa końce.
Dziś gdybym miała noworodka u boku - podawałabym naprzemiennie pierś i butelkę od samego początku.Zastanowiłabym się też nad smoczkiem-uspokajaczkiem...
No ale za to mogę z dumą oświadczyć, że wszelkie utrapienia przetrwałam, a córa jest dzieckiem z idealnym zgryzem i piękną wymową (ładnie mówić zaczęła w wieku 1 roku i 8 miesięcy), choć czy to zasługa braku smoczka tego nie wiem.
Za to w tajemnicy Wam powiem, że dziś moje ponaddwuletnie dziecię chętnie wkłada sobie do buzi plastikowy smoczek lalki i się z nim obnosi np. na spacerze..
:)
UA-48159015-1