poniedziałek, 16 grudnia 2013

Nie będzie zbyt słodko, czyli ile kosztuje ciąża - część l - badania, leki i takie tam

Gdy po raz drugi zobaczyłam dwie kreski na teście (test robiłam dzień po dniu), wybrałam się na badanie beta-HCG, TSH i progesteronu. Tak sobie wymyśliłam, że te badania będą przydatne, choć za progesteron dostałam od mojej ginki ochrzan (jeśli czytaliście posta o mojej decyzji zaaplikowania sobie duphastonu to wiecie, jakie dylematy z tym związane miałam, sprawdzałam więc dwukrotnie poziom tego hormonu i za drugim razem wyszło dużo ponad normę, więc myślałam, że to od duphastonu, a lekarka mnie objechała i powiedziała, że nie mam sprawdzać progesteronu, choć już nie pamiętam czym to argumentowała.
Z wynikami ww. badań poszłam na pierwszą wizytę do ginekologa. Pani doktor pochwaliła mnie za betę i oczywiście TSH, gdyż – cierpiąc na niedoczynność – musiałam całą ciążę kontrolować jego poziom i modyfikować dawkę Euthyroxu. Natomiast zaskoczyła mnie spisem badań wszelakich, które miałam jeszcze wykonać. Od badań ogólnych powszechnie znanych począwszy, poprzez anty-TPO, FT3, FT4, przeciwciała przeciw różyczce IgG, przeciwciała przeciwko toksoplazmozowe IgG i IgM,  aż po odczyn niejakiego Coombsa pośredni, tajemniczo brzmiące VDRL, nieco mniej tajemniczo HbsAg, anty HCV czy przeciwciała anty HIV (co wprawiło mnie w osłupienie). Będąc grzeczną dziewczynką  chuchająca i dmuchającą na dzidzię w brzuchu, posłusznie wykonałam wszystkie zalecane badania.
To był początek wielkiej przygody z igłami, strzykawkami, zrostami na żyłach i palcach oraz rozpływającą się w tempie pociągu TGV gotówki…
Z badań, które pamiętam na dalszym etapie ciąży (poza cytologią i tego typu przyjemnościami, nie liczę też USG) wymienić mogę następujące: morfologia oraz poziom żelaza – wielokrotnie z powodu anemii, TSH, FT4 – wielokrotnie z powodu niedoczynności tarczycy, Test PAPP-A, badanie ogólne i posiew moczu – kilkakrotnie z powodu infekcji, przeciwciała przeciwko toksoplazmozie – kilkukrotnie z powodu braku wcześniejszego (przed ciążą) zakażenia i tym samym braku przeciwciał, badanie w kierunku listeriozy – chyba z dwa lub trzy razy, bo pierwszy wynik wyszedł wątpliwy, krzywa cukrowa, glukoza – kilkukrotnie przed krzywą cukrową, po wykonaniu krzywej – wielokrotnie z żyły i palca, badania „wątrobowe” przy podejrzeniu cholestazy ciążowej. Myślę, że mogły być jeszcze inne badania, ale nie pamiętam wszystkiego.
Drugim powodem ucieczki gotówki z kieszeni były lekarstwa i suplementy, jakie przyszło mi stosować przez czas bycia w stanie błogosławionym…
Przyjmowałam następujące przykazane mi przez lekarzy środki:
wszystkie femibiony po kolei, czyli: Femibion Natal 1, Femibion Natal 2 i Femibion Vital Mama (nie, stop, ten ostatni to już po ciąży),
kwas foliowy Acidum Folicum Richter – dawka 15 mg – przez jakiś czas w środku ciąży,
Bioparox,
syropki: HOMEOVOX, prawoślazowy i z babki lancetowatej,
Tantum Verde,
woda utleniona – do płukania gardła,
herbatka szałwiowa – do płukania gardła,
sól fizjologiczna do nosa,
Jodid przez jakiś czas (100 mcg jodu),
Euthyrox – przez całą ciążę – dawki od 37,5 do 100 mcg,
Macmiror Complex – z dwa lub trzy razy,
Gynalgin – z dwa razy,
LaciBios Femina – niemalże non-stop,
Monural – dwukrotnie podwójna dawka,
ProUro – praktycznie stale mi towarzyszyło,
Żuravit – towarzyszyło mi, kiedy nie miałam ProUro,
Feminella Vagi C,
Urosept – przez większość ciążowych miesięcy,
magnezu dawki ogromne od 22 tygodnia ciąży do końca przeciw skurczom z powodu skróconej szyjki (Slow Mag, Magne B6 i inne),
żelaza dawki przeogromne (najczęściej w postaci Tardyferonu), Luteina od 22 tygodnia ciąży z powodu skróconej szyjki.
Nie wiem czy to wszystko, ale wiem, że jeszcze więcej leków mi przepisywano (np. Furaginum, lek na serce, antybiotyk Duomox), jednak postanowiłam ich nie zażywać
Były jeszcze paski do glukometru, ale do leków tego chyba zaliczyć się nie da…
Kolejna grupa wydatków to wizyty lekarskie.
Ciążę prowadziła ginka w prywatnej przychodni. Koszt wizyty – min. 120 zł, chyba że robiła dodatkowe badania, a robiła prawie zawsze – bywało i ponad 200 zł.
Do tego dochodziły specjalne wizyty na USG u innego lekarza na ekstra sprzęcie (3 razy) – każde z badań ok. 220 zł.
Było też kilka wizyt u diabetolożki – każda chyba ok. 120 zł.
Do endokrynologa chodziłam na szczęście z NFZ (choć czy na szczęście to już teraz nie wiem…), do rodzinnej też.
Wydatków rujnujących nasz portfel było znacznie więcej. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
UA-48159015-1