niedziela, 20 października 2013

Paranoja nr 13: Listerioza

Listeriozy bałam się, od kiedy powiedziałam lekarce, że pijam jednodniowe soczki marchwiowe, a ona odparła, żebym lepiej przerzuciła się na pasteryzowane, aby nie zarazić się listerią… Szukając potem informacji, co to takiego ta listeria, odkryłam nowe pole do strachu… Tym bardziej, że podobno często mieszka w naszych osobistych lodówkach, gdyż nie rozwija się dopiero w temperaturze niższej niż 2°C, a zazwyczaj mamy w lodówce wyższą temperaturę. Wprawdzie podobno choroba wywołana tą bakterią występuje rzadko, jednak do grupy ryzyka należą m.in. kobiety w ciąży… Do źródeł zakażenia należą m.in.: surowe a nawet gotowane mięso, z naciskiem na drób (który często w ciąży spożywałam), surowe warzywa (także ochoczo zajadane przeze mnie), surowe i wędzone ryby (tych na szczęście w ciąży się wystrzegałam), ryby w puszce (te niestety czasem zajadałam – konkretnie tuńczyka, ale też niewiele, gdyż lekarka zabroniła ze względu na dużą ilość rtęci w nim zawartej), niepasteryzowane mleko czy sery pleśniowe, brie, camembert i inne, lody (też ich unikałam w ciąży ze względu na ryzyko salmonelli), pasztety itp. Zakażenie płodu prowadzić może do poronienia, urodzenia martwego dzieciaczka lub dziecka z ciężką postacią listeriozy wrodzonej, która zwykle prowadzi do sepsy i kończy się śmiercią. Dzieci mogą też po porodzie zarazić się od mamy – obserwuje się u takich maluszków zapalenie spojówek, błon śluzowych nosa czy objawy zapalenia płuc. O innych nie wspomnę (jeśli ktoś ma ochotę doczytać podaję źródło: http://www.ciazowy.pl/artykul,listerioza-w-ciazy,1435,1.html). Wbiłam sobie do głowy, aby nie spożywać niepasteryzowanych produktów, mięsa, które leżało kilka dni w lodówce czy fast-foodów (z małym wyjątkiem – parę razy zgrzeszyłam zajadając produkty z mojego – niestety ulubionego - McDonalda). Jak już wiecie- szorowałam też warzywa i owoce również ze względu na toksoplazmozę… Bałam się ponadto dotykać surowego mięsa i denerwowało mnie, gdy mąż kładł surowe mięso na desce do krojenia, a potem po byle jakim umyciu kroił na niej chleb czy pomidora… Ponieważ listerioza przebiega zazwyczaj bezobjawowo lub też przybiera postać grypopodobną, gdy będąc w ciąży zaczęłam uskarżać się na bóle rąk i nóg (jak przy grypie) i ogólne osłabienie, pobiegłam do laboratorium na pobranie krwi… Wynik badania wyszedł: WĄTPLIWY ! Strasznie mną to wstrząsnęło, gdyż miałam przed oczami realne zagrożenie bycia zakażoną!! Oczywiście wydzwaniałam do labu, aby ktoś mi wyjaśnił, o co chodzi z tym wynikiem i wreszcie jakaś mądra pani pouczyła mnie, że badanie należy powtórzyć, ale mam się nie denerwować zbytnio, ponieważ w ciąży takie wyniki często się zdarzają, z jakiego jednak powodu – niestety nie powtórzę, ponieważ nie pamiętam całego mechanizmu, wyjaśnionego mi przez panią laborantkę. Badanie więc powtórzyłam, przeżywając straszne chwile w oczekiwaniu na wynik (trzeba było czekać chyba z 10 dni czy nawet dłużej). Chwalić Boga – tym razem wynik wyszedł ujemny, a ja musiałam przyznać się do kolejnej paranoi… Niestety, moja ciąża nie składała się jedynie z wyimaginowanych strachów… Ale o tym jeszcze napiszę.
UA-48159015-1