wtorek, 1 kwietnia 2014

Wreszcie wyjście z domu!!! Jeee!!!



Pierwszy spacer. Z córeczką oczywiście. Wymarzony, wytęskniony, upragniony jak nie wiem co!

Znudziło mi się leżenie i nienawidziłam faktu, że nie mogę spacerować od 22 tygodnia ciąży, szczególnie, że wtedy najchętniej wszystkim zaprezentowałabym dumnie swój brzuch!

Toteż kiedy tylko urodziła się malutka moje pragnienie spaceru odżyło. W dodatku wreszcie było to realne!

Nasłuchałam się, że dopiero po 2-3 tygodniach od urodzenia córki mogę rozpocząć tzw. werandowanie, czyli wystawianie ubranego jak na spacer dziecięcia na balkon. Po kilku dniach werandowania (najpierw 5-cio, 10-cio, 15-to minutowego itd.) dopiero mogę wyjść.

Nie podobało mi się to ograniczenie, choć wiem, że dawniej pozwalano na wyjście dopiero po miesiącu od narodzin dziecka czy nawet po połogu. O ile jest to - jak dla mnie - uzasadnione zimą na Syberii, to w naszym polskim klimacie, który już prawie zapomina o prawdziwych mrozach, zupełnie nie. Tym bardziej, że miałam świadomość, iż spacery hartują organizm maluszka i wzmacniają -jak mało co- jego system odpornościowy. Ponadto, dzieciaczek się dotlenia, co pozytywnie wpływa na rozwój mózgu. A jeśli jeszcze świeci słoneczko (choć ponoć nawet kiedy jest pochmurno to promienie UV docierają do naszej skóry), które powoduje wytwarzanie  witaminy D, koniecznej do rozwoju kości, to już mamy sposób nr 1 na zdrowie dziecka i to zupełnie gratis!

Zakasałam więc rękawy, ubrałam dziecię i wystawiłam je na balkon po 9 dniach od urodzenia. Na drugi dzień już spacerowaliśmy. Córeczka z wykremowaną buzią, nakarmiona, przewinięta, w kombinezonie i zimowej czapie, my nie wykremowani, nie nakarmieni, w lekkich płaszczach, ale cholernie szczęśliwi.

Był to najpiękniejszy spacer, jaki odbyłam w życiu choć trwał zaledwie pół godziny!

Spacerowaliśmy w trójkę: malutka (choć o tym prawdopodobnie nie wiedziała:)), mama i tata. Cechą charakterystyczną tego spaceru były bitwy o to, kto ma prowadzić wózek. W efekcie robiliśmy to na przemian.

Dumna mama, dumny tata i leżące sobie jak aniołek dziecko.

Trasa spacerowa prowadziła wokół naszego bloku oraz po wielkim placu, jaki mieliśmy pod balkonem. Wtedy to po raz pierwszy odkryłam uroki tej trasy. Wielki plac zabaw, piękny globus pośrodku placu, ławeczki dla zmęczonych przechodniów, ogrodzony teren dla piesków, drzewka, krzewy i piękne słonko, choć październik zbliżał się ku końcowi.

Od tego pierwszego spaceru rozpoczęło się regularne zwiedzanie okolic z wózkiem. A 1 listopada we Wszystkich Świętych spacerowaliśmy z małą już 3 bite godziny!

Kiedy urodziła się córeczka jesień była przepiękna jak mało kiedy, mogliśmy więc do woli oddychać świeżym (umiarkowanie) powietrzem i wkładać na nos okulary przeciwsłoneczne!

Spacery było to coś, co dawało mi poczucie wolności i polecam je gorąco wszystkim świeżoupieczonym rodzicom! Oczywiście nie spacerowałabym w temperaturze niższej niż -10°C czy też przy wielkim wietrze, ale przy każdej innej pogodzie już tak!



Poniżej możecie zobaczyć jak urokliwe chwile mogliśmy przeżywać, doświadczając przecudnej październikowo-listopadowej pogody, prężąc się z dumy i powoli uświadamiając sobie, że MAMA i TATA to my!:)



















UA-48159015-1