wtorek, 31 grudnia 2013

Narodzenie - post drugi (OSTRZEGAM - przeczytanie może grozić Lokiofobią !!!)



Kiedy jedziemy samochodem do szpitala, zaczynają się skurcze, które - jak udało się zmierzyć - występują już co jakieś 5 a może nawet 3 minuty… Nie są jednak silne, więc w samochodzie żartuję, że fajną datę wybrała sobie Amelka: 13 października, czyli zakończenie objawień Maryjnych w Fatimie (po porodzie w związku z tym mąż będzie nazywał małą Fatimka:)) Dodam, że ten termin to pierwszy dzień 37 tygodnia ciąży.
Poza tym wspominam, że mężul bał się i cyrki odstawiał, że może być masakra jak już zacznę rodzić a trzeba się będzie przedzierać przez całe zapchane miasto w drodze do szpitala  (oddalonego niecałe 9 km od naszego miejsca zamieszkania, ale trzeba przejechać przez zazwyczaj zakorkowane centrum miasta), a tu jak się okazało przyszło nam jechać w środku nocy pustymi ulicami, mkniemy więc niczym królowie szos!

Po dojechaniu na dziedziniec szpitala, próbujemy dostać się do budynku, ale wygląda, jakby wszyscy spali. Wszystkie wejścia okazały się zamknięte…  Przykucam więc przy jednym z nich a mąż biegnie do portiera zapytać jak dostać się do środka. Ten się lituje i wskazuje drogę.
W szpitalu mąż dzwoni domofonem na porodówkę. Każą nam poczekać. Moje skurcze są coraz częstsze, a nikt się nie zjawia, więc mój towarzysz niedoli raz jeszcze dzwoni i słyszy zdziwienie, że jeszcze nikt do nas nie wyszedł…
W końcu doczekaliśmy się. Dwie położne zapraszają nas do środka, gdzie podają mi kilka ankiet do wypełnienia (jeden skurcz, kawałek ankiety, drugi skurcz, znów ankieta...), przeprowadzają wywiad między moimi coraz częstszymi skurczami, odbierają kartę ciąży (nie skserowałam sobie! o kurka wodna! żal mi jej bo stanowiłaby pamiątkę:( ), każą się przebrać do porodu (ha! miałam specjalnie zakupioną w tym celu porodową koszulkę z otworami do karmienia malucha), po czym bada mnie lekarz.
Podczas badania chlustają ze mnie wody płodowe do podłożonej miski i okazuje się, że mam rozwarcie na 3 (lub 4) centymetry. Lekarz robi mi też USG, każe zmierzyć miednicę i odsyła na porodówkę.
Tam wita mnie przesympatyczna położna, która pokazuje mi ekskluzywną łazienkę z prysznicem, jaką mam do dyspozycji z mężem. Następnie mężowi wskazuje wygodną kanapę, na której może sobie odpoczywać (co za brak szacunku dla bliźnich - żona cierpi, mąż wypoczywa i w dodatku, jak się później okazuje, wsuwa sobie kanapkę przygotowaną wcześniej z myślą zabrania jej do pracy!).
I znów położna skupia się na mnie i moim dzidziusiu, tzn. podłącza mnie na jakieś 30 minut do KTG, czyli urządzenia monitorującego akcję serca dziecka wraz z zapisem czynności skurczowej macicy.
Po badaniu znowu sprawdza rozwarcie i pozwala na wzięcie prysznica. 
Jedna położna na przemian z drugą - równie uprzejmą - zalecają podskoki i inne ćwiczenia na piłce, więc sobie skaczę siedząc okrakiem i myślę, że boli, ale da się to wszystko przeżyć. Nawet wysyłam sms-a (wciąż skacząc), z prośbą o modlitwę do pobożnej koleżanki.
Dostaję zastrzyk, podobno z nospą (ale nie wiem czy powinnam wierzyć, że to nospa). Mąż podczas każdego skurczu masuje mi plecy, tak jak zalecali w szkole rodzenia. Wydaje mi się, że to ciutkę pomaga.
Potem znowu jakiś zastrzyk. 
Położna zaleca kąpiel w wannie w ciepłej wodzie, aby pobudzić czynność skurczową macicy.
No i wtedy się zaczęła jazda, o jakiej mi się nawet nie śniło!!!!! 
Cdn.
UA-48159015-1