czwartek, 19 grudnia 2013

Strachy na lachy

Strachu w ciąży najadłam się z wielu więcej powodów, niż te opisane tutaj. Były to czasami drobiazgi, np. kiedy używałam lakieru do włosów, wstrzymywałam oddech, aby nie wdychać tego świństwa. W pewnym momencie zaczęłam się jednak zastanawiać, czy w ogóle w ciąży można wstrzymywać oddech, czy aby nie spowoduje to niedotlenienia dzidziusia… I tego typu obawy rosły często do rangi paranoi.
Bałam się też kleszczy. A raczej boreliozy czy odkleszczowego zapalenia opon mózgowych. Dużo wylegiwałam się w ogródku, więc nie były to obawy bezpodstawne, choć smarowałam się różnymi odstraszaczami. 
Cały czas modliłam się, żeby dziecko urodziło się całe i zdrowe.
O innych „grubszych” paranojach już wiecie
Za to wcale, ale to wcale nie bałam się porodu! Wręcz czekałam na niego z utęsknieniem. W tym jednym jedynym temacie nie szukałam informacji po forach internetowych. Przerobiłam Szkołę Rodzenia, czytałam też M jak Mama, wiedziałam więc o fazach porodu, zdawałam sobie sprawę z kolejnych objawów, jakie następują podczas narodzin dzidziusia.
Ponadto, nigdy do szczególnych straszków w dziedzinie bólu nie należałam, nawet jako małe dziecko super znosiłam liczne bolesne ponoć zastrzyki, którymi mnie faszerowano z powodu nawracających zapaleń oskrzeli. Nigdy nie płakałam z bólu, zawsze byłam twarda, co owocowało kolekcjami igieł i strzykawek zostawianymi mi „w nagrodę” do zabawy przez pielęgniarki (oj, jaką miałam radochę robiąc zastrzyki moim lalkom – wszystko wskazywało wtedy, że zostanę „pigułą” w przyszłości). Jak więc nie miałabym dać rady urodzić!?
Jak się jednak miało okazać, ani nie urodziłam w terminie, ani mój poród nie przebiegł tak jak miał przebiegać, ani ja nie byłam taką twardzielką, za jaka się uważałam. Właściwie to po porodzie mogę stwierdzić, że nie jestem twardzielką w ogóle.
Cdn.
UA-48159015-1