sobota, 9 listopada 2013

O cukrzycy post czwarty

Po pierwsze – podczas wizyty u miłej skądinąd pani diabetolog zostałam obdarowana prezentem, jakiego nie chciałam, a mianowicie glukometrem Accu-Chek Active… Do glukometru dorzucono jeszcze inne gratisy w postaci opakowania pasków testowych i igieł zapasowych. Generalnie lubię prezenty, ale ten chętnie zwróciłabym właścicielowi i uciekła gdzie pieprz rośnie! Jednak – jako że z brzuszkiem było to raczej niemożliwe – siedziałam grzecznie na krześle i słuchałam mądrości, które miała mi do przekazania pani doktor. No więc poinstruowała mnie, jak używać tego cuda (banalnie prosta sprawa) i ile razy dziennie kłuć się w paluszek (na czczo i godzinę po każdym posiłku). Zapomniałam o jeszcze jednym podarunku – najmilszym. Dostałam notesik do zapisywania WSZYSTKIEGO, co jem i wprowadzania moich poziomów cukru zbadanych z kropelki krwi pobranej na paseczek testowy po godzinie od każdego posiłku, przy czym norma wynosiła 120 mg/dl.
Po drugie – pani diabetolog wprowadziła mnie w fascynujący świat diety dla diabetyków. Nie powiem, żeby był mi on totalnie obcy. W końcu słodcy członkowie mojej rodziny zdążyli odkryć przede mną rąbek tajemnicy związany z ich odżywianiem. Jednak i tak to, co słyszałam, raniło moje uszy. ZERO MIODU, DŻEMU, CIASTEK, LODÓW, CZEKOLADY, SŁODKICH JOGURCIKÓW I SERKÓW, SOCZKÓW (tu jeszcze oddychałam w miarę spokojnie), OWOCÓW poza małym jabłuszkiem, ewentualnie kilkoma kulkami jagódek czy porzeczek, gotowanej MARCHEWKI, tudzież BURAKÓW (tu oddech miałam przyspieszony), BUŁEK, ZWYKŁEGO CHLEBA, RYŻU BIAŁEGO, MAKARONU (tu prawie padłam) i ograniczyć do ilości minimalnych NABIAŁ, szczególnie tłusty oraz WĘDLINY, też głównie te tłuste (tu moje oczy zalały się łzami – no, może nie dosłownie, ale dusza łkała…).
Co w takim razie pozostaje mi do konsumpcji!?? Wszystko pozostałe – odparła przemiła pani doktor. Kurka wodna, jakie pozostałe? Miałam pustkę w głowie, którą szybko wypełniła moja rozmówczyni. Przecież istnieją jeszcze liczne warzywka (ogórki, sałata, cykoria, brokuły, szpinak, w umiarkowanej ilości ziemniaczki z wody itd.), kasze, ryż naturalny, płatki owsiane, chude mięsko drobiowe, chude ryby, jajka (choć tu należy zachować umiar), no i chrupkie pieczywo a także chlebuś z mąki pełnoziarnistej (choć z chlebem generalnie należy postępować bardzo ostrożnie).
Ponadto, mam zapomnieć o smażeniu, generalnie uważać na cukry (mam sobie poszukać w internecie tabeli z indeksem glikemicznym, czyli wskaźnikiem określającym wzrost poziomu cukru we krwi po zjedzeniu danego produktu - im niższy indeks glikemiczny potrawy tym lepiej) i tłuszcze.
Więc np. mięsko lub rybka niepanierowane z wody lub na parze (ble…), ewentualnie z grilla (już lepiej). Mam też jeść często, tzn. 5-6 niewielkich posiłków dziennie (dla mnie to normalnie, a nie często…).
Pani doktor z uśmiechem na twarzy życzyła mi powodzenia i dodała, że od mojej diety i zanotowanych poziomów cukru zależy czy podczas wizyty na 2 tygodnie zaleci mi przejście na insulinę! Zapytałam tylko, w którą część ciała musiałabym ewentualnie aplikować sobie zastrzyki i usłyszałam, że w udo… Wyszłam więc z mocnym postanowieniem – sama dieta wystarczy! Dam radę!!! Choćby nie wiem co, nie będę sobie robić zastrzyków, bo chyba bym zemdlała…
W sumie to spodziewałam się, że lekarka przekaże mi jakieś przykładowe jadłospisy lub chociażby właśnie tabele z indeksem glikemicznym różnych produktów spożywczych, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Na podstawie skąpej jak dla mnie informacji miałam sobie skomponować posiłki. Gdyby nie internet i moja rodzicielka – byłoby ze mną kiepsko…
Z pulsującymi skroniami i świadomością, że odtąd każdy kęs wkładany do buzi będzie musiał być przemyślany i kto wie czy nie wyliczony, udałam się do domu z myślą, że oto czeka mnie nowe życie…
Cdn.
UA-48159015-1