wtorek, 5 listopada 2013

O cukrzycy post drugi

Do testu „cukrzycowego” przystąpiłam zatem dopiero w 28 tygodniu ciąży. Nie było to standardowo wykonywane badanie przesiewowe, czyli test obciążenia glukozą, w przypadku którego wypija się 50 g glukozy rozpuszczonej w 150 ml wody i pobiera się krew dwukrotnie: pierwszy raz przed wypiciem roztworu, drugi - po godzinie od wypicia „smakołyku”. Moja ginekolożka stwierdziła, że szkoda czasu na to badanie, gdyż i tak w przypadku, gdy wynik będzie podwyższony należy ponownie wykonać test obciążeniowy tym razem z użyciem 75 g glukozy. Doradziła zatem podejście od razu do dokładniejszego testu.
Tak więc uraczono mnie przesłodkim roztworem 75 g glukozy i wody, na szczęście z połówką cytryny, choć słodyczy tej „ambrozji” nie zabije NIC. Jednak co tam – byłam już zaprawiona w boju, gdyż badanie takie miałam parę lat wcześniej wykonywane, więc z miną bohatera wypiłam co mi podano! Wcześniej jednak pobrano mi krew.
Potem przez dwie godziny wynudziłam się za wszystkie czasy oglądając telewizję i czytając czasopisma w poczekalni przychodni, do której uczęszczałam na wizyty „ciążowe”. Na szczęście mogłam pić wodę. W pewnym momencie zrobiło mi się słabo, oblał mnie zimny pot i musiałam już doczekać do końca drugiej godziny od wypicia glukozy w pozycji leżącej, częściowo na kolanach męża. W sumie dobrze, że spędziłam ten czas w otoczeniu pielęgniarek, bo miałam pomysł, aby po wypiciu roztworu pojechać na te dwie godziny do domu (mieszkałam niedaleko przychodni). Na szczęście nie wyrażono na to zgody.
Po dwóch godzinach ponownie pobrano mi krew i zostałam odesłana do domu z poleceniem zjedzenia śniadania.
Pijąc glukozę przysięgłam sobie, że nie tknę słodyczy w najbliższym czasie, jednak po przyjeździe do domu i zjedzeniu śniadania poczułam ogromną ochotę na słodkości. Pragnienie było tak silne, że dosłownie rzuciłam się na batona, jaki się ostał w moim domu.
Jako że badanie wykonywałam w piątek, wynik wpłynął do lekarza dopiero w poniedziałek popołudniową porą. Dzięki temu zyskałam jeszcze jeden – tym razem ostatni beztroski weekend, podczas którego mogłam pozwalać sobie na smakołyki jakich dusza zapragnie…
Cdn.
UA-48159015-1