czwartek, 28 listopada 2013

w przerwie w postach o ciążowej cukrzycy - post o ...cukrzycy...

Ostatnio cukrzyca mnie prześladuje. Na blogu, co oczywiste, bo o niej jakby od jakiegoś czasu piszę, ale także w życiu.
Parę dni temu okazało się, że siostra rodzona mojego nie-rodzonego męża była na jakichś rutynowych badaniach, podczas których wyszedł jej podwyższony poziom cukru we krwi. Zdziwiłam się, gdyż w ich rodzinie nie zaistniała dotąd cukrzyca. Stwierdziłam jednak, że badanie zawsze mogło być zafałszowane. Dziś jednak mąż przekablował mi, iż siostra miała wykonywane badanie krzywej cukrowej i też nie wyszło dobrze, tzn. na czczo ok, ale po dwóch godzinach cukier ponad 200!
Także dziś i ja byłam na ww. badaniu, ponieważ niedawno przypomniałam sobie, że minął ponad rok od ostatniej krzywej a co roku muszę wykonywać to badanie. Ponieważ miałam do wybrania godziny nadliczbowe w pracy, ze względu na szaleństwo, jakie mamy w związku z przygotowaniami do nowej perspektywy finansowej Unii Europejskiej 2014-2020, stwierdziłam, że wypełnię obowiązek względem siebie i pójdę na moje "ulubione" badanie.
O 7.35 pobrano mi krew, po czym uraczono przeohydnopaskudnym drinkiem (bleeeeeeeeeee) i kazano dwie godziny koczować. Czas wykorzystałam maksymalnie, delektując się czytaniem książki, kiedy NIKT mi nie przeszkadzał (córeczka nie ciągnęła za rękaw, nie wyrywała książki, mąż nie wymyślał, co jeszcze musimy zrobić).
O 9.35 ponownie pobrano mi krew i wypuszczono do pracy. Wieczorem ma być wynik. Trzymajcie proszę kciuki!
UA-48159015-1