piątek, 15 listopada 2013

O cukrzycy post siódmy

Najgorsze było uczucie głodu. Ssania w żołądku, cieknącej ślinki, obsesyjnego myślenia o jedzeniu. Odliczałam czas kiedy znowu będę mogła włożyć coś do ust. Moje życie składało się wtedy z cudownych chwil spożywania z namaszczeniem posiłków i czasu pomiędzy, który był dla mnie udręką. No i stało się…
Diabetolożka podczas pierwszej wizyty wypisała mi receptę na testy paskowe o wdzięcznej nazwie KETO-DIASTIX. Służyć one miały do sprawdzania, czy w moczu nie pojawiły się ciała ketonowe (aceton) oraz glukoza. Codziennie zatem miałam badać paskami poranny mocz (paski te po zanurzeniu zmieniają kolor, który zależy od poziomu glukozy i ciał ketonowych). Pewnej nocy pasek pokazał obecność acetonu:(
Ciała ketonowe w moczu świadczą m.in. o źle leczonej cukrzycy, ale także spożywaniu bardzo niskiej zawartości węglowodanów czy o głodzeniu. Dowiedziałam się też, że utrzymywanie się acetonu w moczu może być szkodliwe dla płodu…
No i znowu porządnie się przestraszyłam. Biedna dzidzia – tyle musiała znosić… Rano zaraz wykonałam telefon do diabetolożki, która oznajmiła, że powinnam ok. 22.00-23.00 jeść jeszcze dodatkowy posiłek, żeby skrócić czas między ostatnią kolacją a śniadaniem. Bardzo mnie urządzało to, co powiedziała, szczególnie, że non-stop chodziłam głodna.
W ciągu dnia jadłam co dwie godziny, za co dostałam z kolei ochrzan od pani doktor (a dokładnie – powiedziała: niech pani nie przesadza, kto je co dwie godziny??) a i tak byłam głodna i nieszczęśliwa, w końcu co to było za jedzenie...
Zastosowałam się więc od razu do zalecenia spożywania późnej kolacji, co rzeczywiście pozwoliło mi na dłuższy czas ustrzec się przed acetonem. Zdarzały się jedynie sporadyczne wyskoki ciał ketonowych.
W ogóle to aceton spowodował, że zaczęłam się zastanawiać nad kaloriami, jakie codziennie spożywam. W internecie przeczytałam, że dobową dawkę kaloryczną liczy się na podstawie prawidłowej masy ciała sprzed ciąży, tzn. na każdy kilogram masy ciała przed ciążą (jeśli ta masa była prawidłowa) przypada ok. 35 kcal. Wyszło mi, że mam spożywać jakieś 1700 kcal dziennie. Jak policzyłam to, co jem, wychodziło o kilkaset mniej… Zaczęłam więc się głowić, jak zwiększyć ilość kalorii w posiłkach, nie podnosząc przy okazji poziomu glukozy. No i w toku eksperymentów wyszło, że słonecznik, orzechy i migdały mogą załatwić sprawę kalorii, jako że nie podnosiły mi za bardzo cukru. Przy okazji są bardzo wartościowe i zdrowe, cieszyłam się więc, że wpadłam na pomysł włączenia ich do diety. I tak zaczęłam odkrywać nowe produkty spożywcze i nowe potrawy, które mój organizm ładnie tolerował i odwdzięczał się niskim poziomem cukru.
Cdn.
UA-48159015-1