wtorek, 26 listopada 2013

O cukrzycy post jedenasty

Pani ginekolog prowadząca moją ciążę stwierdziła, że skoro chodzę głodna to - niezależnie od tego, co myśli diabetolożka - muszę więcej jeść, tym bardziej, że miałam incydenty acetonu w moczu. Oczywiście, jeśli więcej bym jadła, musiałabym robić sobie zastrzyki z insuliny.
Po wizycie nie wiedziałam, co zrobić. Mętlik w głowie. Nie chciałam głodzić siebie, a już broń Boże dzidziusia. Jednak przeczytałam kiedyś, że mały ssak w brzuchu wyssie z matki, co się da, więc jakby co to głodzi się organizm matki, nie dziecka...
Poza tym, buszowałam po forach internetowych, gdzie ciążowe cukrzycówki dzieliły się swoimi doświadczeniami i z ich wpisów wynikało, że przyjmowanie insuliny nie gwarantuje ustabilizowanego poziomu cukru.
Poza tym, przerażało mnie, że musiałabym jeszcze skrupulatniej kalkulować ile WW spożywam, ile jem tłuszczu, ile białka, no i że chyba jeszcze więcej matematyki w moim życiu oznaczałoby konieczność odwiezienia mnie do wariatkowa.
Wziąwszy więc pod uwagę wszystkie plusy i minusy zdecydowałam się jednak uwierzyć diabetolożce, że jem dużo i powtarzać sobie: "jestem syta, jestem syta" tak długo, aż sama siebie przekonam.
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że nie mam najmniejszego daru przekonywania... Chodziłam, a właściwie leżałam, głodna jak wilk a burczenie w brzuchu zagłuszałam muzyką Mozarta, Griega lub lekturą - działały jedynie te wciągające na maxa.
A tak na marginesie to muszę przyznać, że przymus wylegiwania się w ciąży przyniósł jeden pożytek - tylu książek ile w tym czasie, to nie przeczytałam przez ostatnie kilka lat... Może kiedyś napiszę słów kilka na ten temat (?)
Zmierzamy powoli, acz nieuchronnie do końca eposu o heroicznej cukrzycowej ciężarówce, więc zapraszam na zakończenie mojej historii z tą słodką i wredną jednocześnie chorobą. A zatem raz jeszcze - cdn.:)
UA-48159015-1