wtorek, 19 listopada 2013

Przerwa w postach o cukrzycy na …coś słodkiego…:)


Żeby trochę rozluźnić atmosferę i wziąć oddech między kolejnymi postami o wyrzeczeniach, jakie było mi dane doświadczać, kiedy byłam słodką ciężarówką, postanowiłam wrzucić parę słów o czymś, o czym mogłam zapomnieć, kiedy miałam cukrzycę, a czym dziś mogę się delektować:) bez większych wyrzutów sumienia, a mianowicie o czekoladkach. A konkretnie o czekoladkach o swojskiej nazwie „Danusia” naszej rodzimej firmy Wawel. Ostatnio bowiem zostałam obdarowana paczką ww. czekoladek.
Chciałam się z Wami podzielić moimi wrażeniami na temat tych słodkości po osobistym ich wypróbowaniu:)
Jeśli nie chorujecie na cukrzycę może zechcecie przeżyć słodkie sam na sam z Danusią…(?)
Jak wielu cukrzyków (czy też osób z genami predysponującymi do zapadnięcia na to słodkie choróbsko) uwielbiam słodycze. Uważam jednak, że lepiej jeść czekoladę niż ciasto, które oprócz cukru ma jeszcze mąkę, tak źle przeze mnie tolerowaną, gdy byłam diabetykiem…(jak fajnie to brzmi: BYŁAM diabetykiem:)).
Z czekoladek zaś odkąd pamiętam preferuję te z alkoholowym ostrym nadzieniem. Jadam więc od czasu do czasu takowe. O „Danusi” jednak nie słyszałam wcześniej. Kiedy zobaczyłam, że przysłano mi słodycze z nadzieniem ajerkoniak i likier kawowy – nie powiem, ucieszyłam się. Był jeszcze jeden rodzaj czekoladek o smaku czekoladowo- orzechowym, ale na nie się nie rzuciłam.
Tak więc przystąpiłam z wielką chęcią i pomocą męża do degustacji słodkości. Zdegustowaliśmy wszystkie trzy rodzaje, zaczynając od tych, które kojarzyły nam się z alkoholem, choć – jak się okazało – wszystkie mają w składzie spirytus:) I tu spotkała mnie niespodzianka, bo myślałam, że ajerkoniak to będzie mój ulubiony smak, no i nie powiem, że tak nie jest. Jednak najbardziej do gustu przypadła mi czekoladka z nadzieniem likier kawowy, o konkretnym smaku alkoholu i dobrej kawy. Natomiast mojemu poślubionemu do gustu przypadła szczególnie ajerkoniakowa. Czekoladowo-orzechowa jest ok, ale bez fajerwerków jak dla nas.
Plusem degustowanych słodyczy jest to, że składają się z czekolady deserowej i choć zawartość masy kakaowej mogłaby być większa (jest min. 43%) to czekolada jest smaczna, o wyważonym, nie mdlącym, smaku.
To, co zaważyło na fakcie, że włączam „Danusię” do grona domowników, to jej długa i ciekawa historia (patrz: zdjęcia poniżej).
Lubię słodycze polskie, w dodatku z tradycją. Lubię chwalić się polskimi pysznymi słodkościami, kiedy spotykam obcokrajowców. Zawsze kiedy wyjeżdżam za granicę zabieram z sobą jakieś tradycyjne polskie specjały w celu obdarowania jakichś miłych tambylców, których spotkam. Dotąd były to zazwyczaj Michałki czy Krówki. Przeczytawszy historię Danusi pomyślałam: A dlaczego nie zatrudnić jej w celu promowania polskich słodkości, z których jestem naprawdę dumna i które WOLĘ od belgijskich -tak szeroko na świecie wypromowanych- czekoladek.
Danusia ma najdłuższą historię wśród produktów firmy Wawel i to mnie przekonuje. Plus historyjka, którą można opowiadać obcokrajowcom, tak często bardziej kultywującym tradycję niż my – Polacy.
Podsumowując-poznałam produkt, którego obecności na rynku, i to od wielu wielu lat, nie byłam świadoma, a który stanie się jeszcze jednym dobrym towarem do promowania polskich przednich słodyczy z tradycjami.
Jeśli skosztujecie Danusię to proszę o komentarze, co o niej myślicie.
PS Jak dobrze mieć cukrzycę za sobą i móc – po licznych wyrzeczeniach – znów delektować się kawusią z małym słodkim co nieco… To jest plus cukrzycy ciężarnych, która w końcu mija:)
PPS Przepraszam za jakość zdjęć, ale nie mam pod ręką dobrego aparatu...:)

UA-48159015-1