poniedziałek, 14 października 2013

Paranoja nr 8 – detergenty i inne zmory…

Jak wspominałam, mój szanowny małżonek kocha detergenty wszelkiej maści. Ma wręcz zboczenie jakieś, bo wypuszczając się do sklepu, wydaje pieniądze na płyny do blatów, podłóg, szafek takich, szafek owakich, powierzchni wypukłych, powierzchni płaskich itp. Itd. Gdy byłam w ciąży, miłość męża do chemii nie osłabła bynajmniej. Natomiast moja nienawiść do detergentów wybuchła z wielką siłą. Kiedy więc pewnego pięknego dnia mężul zatruł powietrze w pokoju używając sprayu do prasowania – pokłóciliśmy się na całego, jak w porządnej włoskiej rodzinie… Toż to ja zrezygnowałam ze wszelkich sprayów typu lakier do włosów czy dezodorant a on musi sobie spryskiwać koszule, aby mu się rzekomo lepiej prasowało, trując przy okazji żonę i – co gorsza – swoje nienarodzone dziecko… Przyznam, że detergentów i kosmetyków unikałam jak diabeł wody święconej. Sprzątając, używałam wody z octem, zamiast różnych specjalnie do tego celu stworzonych produktów. Malowałam się tylko od czasu do czasu, stosując kosmetyki hipoalergiczne po uprzednim solidnym przestudiowaniu ich składu. Wiedziałam, że muszę wystrzegać się amoniaku czy chloru. Na mojej czarnej liście kosmetyków były ponadto m.in. triklosan, retinol, kwas salicylowy i inne, których już nie pamiętam. Miałam przed oczami historie kobiet rodzących dzieci bez nóżek czy rączek, co okazywało się skutkiem używania jakichś szkodliwych substancji… Jako żonie męża-wielbiciela detergentów było mi podwójnie ciężko, ale po jakimś czasie wypracowaliśmy kompromis – mężul używał ulubionych produktów przy otwartych oknach lub podczas mojej nieobecności w domu. I tylko w takim układzie dałam radę przetrwać
UA-48159015-1