poniedziałek, 7 października 2013

Paranoja nr 3: niedoczynność tarczycy



Jako że już od kilku miesięcy leczyłam się na niedoczynność tarczycy, podczas pierwszego badania laboratoryjnego, kiedy to zażyczyłam sobie sprawdzenia poziomu Beta HCG, które miało potwierdzić moja ciążę, postanowiłam zbadać też poziom TSH, wiedziałam bowiem, czym skutkuje w ciąży niedoczynność tarczycy. Niby wynik wyszedł w normie, bo 3,64, jednak artykuły odnalezione na stronach internetowych mówiły, że w ciąży normy są bardziej zaostrzone i że jest to stanowczo na wysokie TSH jak na błogosławiony stan, szczególnie pierwszy trymestr, kiedy to dzidziuś nie  korzysta jeszcze ze swoich hormonów. Zaczęłam się więc panicznie bać, że moje dziecko może być opóźnione w rozwoju, gorzej się uczyć itp. Moja endokrynolog uważała, że wynik nie jest zły, wymaga jedynie niewielkiego zwiększenia dawki Euthyroxu-leku, który zażywałam na niedoczynność tarczycy. Poza tym, wynik badania fT4, który wg informacji znalezionych w internecie był za niski, wg mojej lekarki był „prawie” prawidłowy. Pani doktor uspokajała mnie twierdząc, że miała pacjentki z TSH 6 i więcej podczas ciąży a wszystko było w porządku z ich dziećmi, ale dla mnie było to marne pocieszenie. Szperałam więc po forach internetowych, które jednak nie uspokoiły mnie, a wręcz przeciwnie, spowodowały jeszcze większy strach. W efekcie sama sobie co jakiś czas podwyższałam dawki Euthyroxu, co nie było chyba głupie, bo lekarka podczas comiesięcznej wizyty ustalała mi taką dawkę, jaką wcześniej sama sobie ustawiłam...  Ale o szczegółach leczenia i poziomie moich hormonów podczas całej ciąży - w następnym poście -zapraszam!
UA-48159015-1